Blog > Komentarze do wpisu

Moje podróże małe i duże: odcinek 59, "Elbmarsch, DE"

Tak się złożyło że spędziłem niemal połowę (dokładnie: 20 z 41 tygodni)  z ostatnich dziewięciu miesięcy (równoważności roku szkolnego, od września do końca czerwca) w gminie zbiorowej Elbmarsch, położonym na południowym brzegu Łaby ok. 20-30 kilometrów w górę rzeki od Hamburga. Dzięki mojej pracy miałem niepowtarzalną (a przynajmniej mam nadzieję, że taka przygoda się już nie powtórzy) okazję odwiedzić kilkaset (ok. 500-700; może trochę mniej, może trochę więcej, ale tego rzędu jest to wielkość) niemieckich domostw. Co więcej, poza częścią publiczną (czyli przeznaczoną też da gości) domów, zdarzało mi się zwiedzać części bardziej prywatne, jak piwnice, HWR-y*, schowki pod schodami, a nawet kilka sypialni. Dzięki temu wiem, że legendarna niemiecka czystość polega na posiadaniu graciarni i wypolerowane mieszkanie wcale nie musi oznaczać braku rozległych pajęczyn w piwnicy.


Odwiedziłem też jeden kościół protestancki.

Gdybym był nieco zmyślniejszy i na pomysł, by stworzyć na własne potrzeby statystyczne ankietę wypełnianą po każdej takiej wizycie, wpadł przed lub niedługo po rozpoczęciu tego cyklu, mógłbym poniższe spostrzeżenia okrasić liczbami. Tak pozostają mi jedynie wrażenia.

Pierwszym wrażeniem jest to, że niemieckie domy są wielkie. Niedawno przeprowadziłem się z klitki w bloku do mieszkania o powierzchni ok. 100 m2, co na polskie warunki jest gigantyczną wielkością. Niemieckie domki mają 2-3 razy tyle - na jednym poziomie, a poziomy są zwykle dwa (czasem jest jeszcze piwnica, która potrafi zajmować całą powierzchnię pod domkiem), więc gdy wracałem z Niemiec do domu, nie doceniałem tej nowej przestrzeni. Może i Niemcy przegrali wojnę, ale ten Lebensraum, którego u nas szukali, najwyraźniej zdążyli ukraść i przewieźć do siebie.

Te przestrzenie Niemcy nawet ciekawie zapełniają. Co prawda przy tym rozmiarze domy sprawiają wrażenia pustych, to jednak znaleźć w środku można np. posąg terakotowego wojownika naturalnych rozmiarów czy figurki trolli. Niemcy mają też niespotykaną w Polsce tendencję do ozdabiania ścian korytarzy i pokojów napisami. Zwykle są tą sentencje godne Paolo Coehlo, czasem dłuższe cytaty lub odwrotnie - pojedyncze słowa, ale widok namalowanych lub naklejonych na ścianę wyrazów tam nie dziwi. Ponadto często zdarzają się stare mapy, grafiki przedstawiające zamek lub okoliczne miasto i zdjęcia lotnicze domu oraz obrazy, nie aż tak banalne, jak by się można po Niemcach spodziewać.

Od lewej: typowa sentencja na ścianie, niebanalny obraz i posąg teraktowego wojownika naturalnej wielkości.

Od lewej: skrzat domowy, miejsce do odwieszania smyczy i muszla klozetowa.

Widok ściany w pewnej kuchni.

Od góry: mapy wszystkich miast w okolicy, mój ulubiony tamtejszy obraz i kiepski fan-art.


I've boldly seen what no Pole have seen before...

Jeszcze okazalej od wnętrz domów udekorowane były cudnościami przydomowe ogródki. Wśród wielości gipsowych i metalowych figur dominują koty, psy i żółwie oraz trolle, skrzaty i demony wszelkiego rodzaju (strasznie ubawił mnie dom, w którym przed drzwiami stały trzy spore figury demonicznych ogarów, a po otwarciu drzwi przez właściciela wybiegł ku nam ujadający ratlerek). 


Od lewej: rzeźba w niemieckim ogrodzie, typowo zabawna wizytówka przy drzwiach i obowiązkowy niemiecki krasnal.

Podpórka do stosu drewna kominkowego w kształcie jamnika.

Owca. Bo niby czemu nie.

Strasznie dużo (gdzieś z 1/3) domków na wsiach była kryta strzechą. W Polsce domy kryte strzechą widziałem tylko w Centrum Słowian i Wikingów na Wolinie.

Pierwszemu aż z wrażenia zrobiłem zdjęcie, bo myślałem, że to wyjątkowy widok.

Drugie wrażenie zrobiły na mnie społeczne zachowania Niemców i społeczne zaufanie. To pierwsze objawia się dziwnym dla aspołecznego Polaka mówieniem spotkanym na ulicy przechodniom, w tym nieznajomym "Cześć!" ("Moyn!"). To drugie widać po kluczykach zostawianych w zamku drzwi wejściowych do mieszkania** - nawet gdy nikt z lokatorów się w okolicy nie kręci. Przejawem tego są też płoty wysokości "do kolan", furtki, które otworzyć można bez problemu, sprzęt leżący wkoło domu lub nawet szeroko otwarte drzwi garażowe. Jaskrawym przykładem tej cechy był mężczyzna w wieku ok. 45 lat, który zostawił nas, ekipę dwóch pracowników pochodzących ze Wschodu i kaleczących jego język (ja mówię, jak mówię, współpracownik nie umie niemieckiego wcale), samą w domu, podczas gdy on pojechał z ojcem na badania do lekarza. "Jak skończycie nim wrócę, to wychodząc zatrzaśnijcie drzwi", powiedział i nie bacząc na schowane w domu dobra zostawił nas bez kontroli.

Oczywiście, zdarzali się i klienci, którzy cały czas naszej pracy stali nam za plecami i patrzyli na ręce. Część z nich była zaciekawiona pracą, większość jednak wyraźnie nas kontrolowała. Mogło to być irytujące, ale jestem absolutnie pewien, że gdybym w Polsce był pracownikiem (umiarkowanie) fizycznym ze Wschodu, kaleczącym polszczyznę i chodzącym po mieszkaniach Polaków, to taką kontrolę miałbym w ponad 90% mieszkań. Tam było to procent kilka.

A niechaj hipsterowie wżdy postronni znają, iż Niemcy nie gęsi, iż swój oldskul mają.

Prawdziwie oldskulowe mieszkanie pewnej niemieckiej emerytki. 

Częstotliwość częstowania gorącymi napojami mogłaby być w Polsce nawet wyższa niż w Niemczech: nie częstował każdy, ale co czwarty lub co szósty i owszem. Zdziwieniem była dla mnie absolutna dominacja kawy nad herbatą: w każdym domu oferowano nam kawę, a gdy odpowiadałem, że kawy nie pijam i pytałem, czy mają może herbatę, powszechną odpowiedzią było zdziwienie uzupełnione zdaniem w stylu "Spytam żony, czy mamy w domu herbatę" lub "Poszukam, czy jakaś jest". Często te poszukiwania kończyły się znalezieniem w domu jedynie herbaty zielonej lub owocowej. Gdy już się herbata trafiała, była zwykle słaba i nieprzesadnie dobra. Tylko jeden raz trafiła mi się naprawdę mocna herbata, która postawiła mnie na nogi. Było to w domu staruszki, która urodziła się w Łebie i wraz z urodzonym w Lęborku bratem dzieciństwo spędziła w Darłowie. Najwyraźniej więc skorupka jej za młodu herbatą nasiąkła.

Zdumiewającą sprawą było, że za wykonanie naszej umiarkowanie fizycznej pracy dostawaliśmy od właścicieli domów napiwki. Częstotliwość ich otrzymywania skłoniła mnie do hipotezy, że dostawaliśmy je za złe warunki pogodowe oraz za nieporadność: dopóki prace wykonywaliśmy z dużym wysiłkiem umysłowym dopiero ucząc się specyfiki pracy, dostawaliśmy tych napiwków więcej niż gdy już tą specyfikę opanowawszy, wykonywaliśmy tę samą pracę szybciej, sprawniej i lepiej.

Jakiś jeden procent Niemców ma poczucie humoru.

Podobna ilość ma zdjęcia lub portrety przodka w mundurze ze swastyką na ścianach lub półkach.

Powyższe zdjęcia zrobiono po dwóch stronach tego samego płotu, w odległości około trzech metrów od siebie.

Niemki są brzydkie. Są zgrabne, to trzeba im przyznać, starają się utrzymać figurę 14-letniego chłopca, ale ładnych pełnoletnich kobiet w Elbmarschacht widziałem w czasie mego tam pobytu cztery. Z tego co najmniej dwie były Rosjankami, bo do swych dzieci lub matek mówiły płynnie po rosyjsku; trzecia prawdopodobnie też była, bo miała podobny, słowiański, typ urody, jedynie w domu była sama, bez dzieci bądź matki.

A propos. Mniejszość rosyjska w rejonie to niecałe 1-2% populacji, ale trzymająca się razem (zaskoczyło mnie, gdy do domu kobiety pochodzenia rosyjskiego w czasie naszej tam pracy przyszedł listonosz i zaczęli płynnie mówić po rosyjsku). Stanowią ją niemal wyłącznie kobiety - żony dzielnych Niemców, sądząc po nazwiskach. A, ponoć na Hagenweg 16 działa burdel pełen rosyjskich prostytutek, co też wpisuje się w specyfikę tej mniejszości.

W sklepach są dostępne zabawki dla dzieci z tych par.

By podać podobne szacunkowe dane dotyczące mniejszości polskiej, należy ją dokładnie zdefiniować. Pan Schafarczyk urodzony w Gliwicach w połowie lat 30-tych XX wieku lub rodowity Gdańszczanin urodzony w 1942 roku, którzy po polsku potrafią powiedzieć jedynie pojedyncze słowa, się raczej nie kwalifikują. Takich, którzy płynnie po polsku mówią i Polskę pamiętają, jest nieco mniejsza ilość niż Rosjan, choć ich skład jest bardziej zróżnicowany niż Rosjan: spotkałem małżeństwo z mego rodzinnego miasta, kilka pojedynczych osób i żonę dzielnego Niemca.

Osób pochodzenia azjatyckiego nie było wcale. Czarnoskórych - garstka na tyle mała, że przez miesiące myślałem, że jest ich tylko dwóch, bo widywałem raz na parę tygodni dwójkę Afroniemców; dopiero pod koniec cyklu wyjazdów ujrzałem ich więcej, więc wiem, że też może być ich koło jednego procenta.

Turków też było niewielu, ale za to doskonale wpisywali się w swój bliskowschodni stereotyp: jedni prowadzili jedyną w tych wioskach budę z kebabami; w domu innych mieliśmy wątpliwą okazję pracować: był to dom zasyfiony, pełen kurzu i dymu z ciągle palonych papierosów; przez półtorej godziny naszej pracy otyła matka z otyłym pełnoletnim synem siedzieli bez ruchu na kanapie, palili papierosy jeden za drugim i oglądali amerykańskie sitcomy z niemieckim dubbingiem nie śmiejąc się przy tym ani razu. 

Jak więc widać, w odróżnieniu od Frankfurtu, tu społeczność jest niemal homogeniczna.

Raz jeden zetknąłem się z sytuacją, w której mieszkańcy domu odmówili ze mną rozmowy po niemiecku nie ze względu na moją języka nieznajomość, lecz ich. Było to małżeństwo, które przyjechało do Niemiec z antypodów za synem, który znalazł pracę w okolicznym Hamburgu: mąż był z Nowej Zelandii, żona z Australii. Żeby było zabawniej, nazywali się Müller.

niemiecki domek kempingowy

Ciekawym doświadczeniem były wizyty w domkach kempingowych na dwu okolicznych Campingplatzach. Wbrew temu, co można by się spodziewać, nie tylko ludzie biedni mieszkają w domkach kempingowych przez cały rok - a przynajmniej nie na warunki polskie. Przed takimi domkami często stoją zaparkowane drogie auta (SUV-y, mercedesy, etc.), a ich wyposażenie potrafi sprawić, że w niektórych z tych domków poczuć się można nieco jak w mieszkaniu. W innych jest to wyraźnie niemożliwe, mimo prób zatuszowania tego przez mieszkańców.

Mimo napiętego grafiku prac udało mi się wybrać do okolicznego baru na piwo. Gdy poprosiłem o piwo, usłyszałem w odpowiedzi tylko pytanie o rozmiar kufla - piwo było jedno (potem w menu doszukałem się, że było też drugie, ciemne; najwyraźniej trzeba było o nie prosić wprost).

proszę zwrócić uwagę na lokalną specyfikę Niemiec: do piwa dołożono mi przekąski

W obu czułem się tak samo wyobcowany.

<<prev   next>>

 

* - HWR: osobne pomieszczenie, zwykle z wejściem z głównego korytarza domu tuż obok drzwi wejściowych i z drugimi drzwiami w domu, prowadzącymi do garażu lub miejsca parkowania auta, wypełnione instalacjami, miernikami zużycia mediów, sprzętem AGD (pralki, suszarki, czasem zmywarki; to jest główna funkcja pomieszczenia), butami (w szafkach lub na stojakach) i zapasami napojów (całe skrzynki wody mineralnej, coli czy piwa); skądinąd fantastyczna idea.

** - przyczyną tego fenomenu może być fakt, że drzwi wejściowe od niemieckich domów i mieszkań mają domyślnie (w reprezentatywnej grupie około tysiąca ujrzanych różnych klamek nie znalazłem ani odmienne przypadki widywałem tylko na drzwiach kilkudziesięcioletnich gospodarstwach rolnych i przedwojennych rezydencji) po zewnętrznej stronie nieruchomą gałkę, wobec czego po zatrzaśnięciu drzwi nie da się ich otworzyć z zewnątrz. Skutkiem czego miałem okazję raz widzieć Niemkę w średnim wieku zrywającą się znienacka błyskawicznym skokiem w stronę z wolna zamykających się drzwi wejściowych. 

wtorek, 11 lipca 2017, nieuczesany23

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA