RSS
niedziela, 06 sierpnia 2017
czwartek, 03 sierpnia 2017

Nie rozumiem fali hejtu, którą jedna strona dyskursu politycznego wylewa na drugą. Wszak, jak się nad tym zastanowić, to nie one powinny być przedmiotem krytyki (poza radykalizmami). Ideologię obu stron dyskursu można wykorzystać i w dobry i w zły sposób – można chcieć pomóc drugiemu człowiekowi zarówno dlatego, że to chrześcijańsko moralny obowiązek i dlatego, że komunistycznie wierzymy w lud. Z każdego z tych powodów można też chcieć lać znienawidzonych innych w pysk lub nawet mordować. I to właśnie takie zachowanie powinno być przedmiotem hejtu. Wtedy świat byłby lepszym miejscem niezależnie od wyników dowolnych wyborów.

* * *

Skądinąd, bawi mnie w Polsce dość arbitralnie używanie słów "prawica" i "lewica". Prawicą jest Janusz Korwin-Mikke, konserwatywny obyczajowo liberał gospodarczy, zwolennnik monarchii i przeciwnik biurokracji oraz Prawo i Sprawiedliwość - partia katolickich socjalistów, chcącym odebrać bogaczom, by pieniądze oddać biednemu ludowi miast i wsi. Prawicą nie określa się jednak już Platformy Obywatelskiej, tak samo jak PiS partii chadeckiej, podobnie pokornie klękającej przed księżmi (jedynie innymi) i o tak podobnych poglądach, że tuzin lat temu partie te myślały poważnie o koalicji, a przejścia polityków z jednej partii do drugiej nie były niczym dziwnym.

Lewicą zaś jest i partia Razem młodych socjaldemokratów, żądających równych praw obywatelskich dla wszystkich, w tym mniejszości seksualnych, i zwiększenia opodatkowania dla najbogatszych, jak i SLD post-PRL-owskiego betonu, konserwatywnego w poglądach jak PiS, za swej władzy sprzyjającego przedsiębiorcom i chcącego tylko znów tej władzy, bez silenia się na jakąś społeczną rewolucję.

Dlatego mierzi mnie czytanie o tym, że "Razem i SLD powinny iść razem do wyborów, bo lewica musi się zjednoczyć". To się nie uda, bo poza tą nomenklaturą tych partii nic nie łączy. Prawicowe Prawo i Sprawiedliwość oraz nie-prawicową Platformę Obywatelską łączy zaś wiele i cieszę się, że tym partiom się nie udało w 2005 roku dogadać, by mielibyśmy tu dziś kraj na wskroś katolicki.

15:24, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 lipca 2017
wtorek, 11 lipca 2017

Tak się złożyło że spędziłem niemal połowę (dokładnie: 20 z 41 tygodni)  z ostatnich dziewięciu miesięcy (równoważności roku szkolnego, od września do końca czerwca) w gminie zbiorowej Elbmarsch, położonym na południowym brzegu Łaby ok. 20-30 kilometrów w górę rzeki od Hamburga. Dzięki mojej pracy miałem niepowtarzalną (a przynajmniej mam nadzieję, że taka przygoda się już nie powtórzy) okazję odwiedzić kilkaset (ok. 500-700; może trochę mniej, może trochę więcej, ale tego rzędu jest to wielkość) niemieckich domostw. Co więcej, poza częścią publiczną (czyli przeznaczoną też da gości) domów, zdarzało mi się zwiedzać części bardziej prywatne, jak piwnice, HWR-y*, schowki pod schodami, a nawet kilka sypialni. Dzięki temu wiem, że legendarna niemiecka czystość polega na posiadaniu graciarni i wypolerowane mieszkanie wcale nie musi oznaczać braku rozległych pajęczyn w piwnicy.


Odwiedziłem też jeden kościół protestancki.

Gdybym był nieco zmyślniejszy i na pomysł, by stworzyć na własne potrzeby statystyczne ankietę wypełnianą po każdej takiej wizycie, wpadł przed lub niedługo po rozpoczęciu tego cyklu, mógłbym poniższe spostrzeżenia okrasić liczbami. Tak pozostają mi jedynie wrażenia.

Pierwszym wrażeniem jest to, że niemieckie domy są wielkie. Niedawno przeprowadziłem się z klitki w bloku do mieszkania o powierzchni ok. 100 m2, co na polskie warunki jest gigantyczną wielkością. Niemieckie domki mają 2-3 razy tyle - na jednym poziomie, a poziomy są zwykle dwa (czasem jest jeszcze piwnica, która potrafi zajmować całą powierzchnię pod domkiem), więc gdy wracałem z Niemiec do domu, nie doceniałem tej nowej przestrzeni. Może i Niemcy przegrali wojnę, ale ten Lebensraum, którego u nas szukali, najwyraźniej zdążyli ukraść i przewieźć do siebie.

Te przestrzenie Niemcy nawet ciekawie zapełniają. Co prawda przy tym rozmiarze domy sprawiają wrażenia pustych, to jednak znaleźć w środku można np. posąg terakotowego wojownika naturalnych rozmiarów czy figurki trolli. Niemcy mają też niespotykaną w Polsce tendencję do ozdabiania ścian korytarzy i pokojów napisami. Zwykle są tą sentencje godne Paolo Coehlo, czasem dłuższe cytaty lub odwrotnie - pojedyncze słowa, ale widok namalowanych lub naklejonych na ścianę wyrazów tam nie dziwi. Ponadto często zdarzają się stare mapy, grafiki przedstawiające zamek lub okoliczne miasto i zdjęcia lotnicze domu oraz obrazy, nie aż tak banalne, jak by się można po Niemcach spodziewać.

Od lewej: typowa sentencja na ścianie, niebanalny obraz i posąg teraktowego wojownika naturalnej wielkości.

Od lewej: skrzat domowy, miejsce do odwieszania smyczy i muszla klozetowa.

Widok ściany w pewnej kuchni.

Od góry: mapy wszystkich miast w okolicy, mój ulubiony tamtejszy obraz i kiepski fan-art.


I've boldly seen what no Pole have seen before...

Jeszcze okazalej od wnętrz domów udekorowane były cudnościami przydomowe ogródki. Wśród wielości gipsowych i metalowych figur dominują koty, psy i żółwie oraz trolle, skrzaty i demony wszelkiego rodzaju (strasznie ubawił mnie dom, w którym przed drzwiami stały trzy spore figury demonicznych ogarów, a po otwarciu drzwi przez właściciela wybiegł ku nam ujadający ratlerek). 


Od lewej: rzeźba w niemieckim ogrodzie, typowo zabawna wizytówka przy drzwiach i obowiązkowy niemiecki krasnal.

Podpórka do stosu drewna kominkowego w kształcie jamnika.

Owca. Bo niby czemu nie.

Strasznie dużo (gdzieś z 1/3) domków na wsiach była kryta strzechą. W Polsce domy kryte strzechą widziałem tylko w Centrum Słowian i Wikingów na Wolinie.

Pierwszemu aż z wrażenia zrobiłem zdjęcie, bo myślałem, że to wyjątkowy widok.

Drugie wrażenie zrobiły na mnie społeczne zachowania Niemców i społeczne zaufanie. To pierwsze objawia się dziwnym dla aspołecznego Polaka mówieniem spotkanym na ulicy przechodniom, w tym nieznajomym "Cześć!" ("Moyn!"). To drugie widać po kluczykach zostawianych w zamku drzwi wejściowych do mieszkania** - nawet gdy nikt z lokatorów się w okolicy nie kręci. Przejawem tego są też płoty wysokości "do kolan", furtki, które otworzyć można bez problemu, sprzęt leżący wkoło domu lub nawet szeroko otwarte drzwi garażowe. Jaskrawym przykładem tej cechy był mężczyzna w wieku ok. 45 lat, który zostawił nas, ekipę dwóch pracowników pochodzących ze Wschodu i kaleczących jego język (ja mówię, jak mówię, współpracownik nie umie niemieckiego wcale), samą w domu, podczas gdy on pojechał z ojcem na badania do lekarza. "Jak skończycie nim wrócę, to wychodząc zatrzaśnijcie drzwi", powiedział i nie bacząc na schowane w domu dobra zostawił nas bez kontroli.

Oczywiście, zdarzali się i klienci, którzy cały czas naszej pracy stali nam za plecami i patrzyli na ręce. Część z nich była zaciekawiona pracą, większość jednak wyraźnie nas kontrolowała. Mogło to być irytujące, ale jestem absolutnie pewien, że gdybym w Polsce był pracownikiem (umiarkowanie) fizycznym ze Wschodu, kaleczącym polszczyznę i chodzącym po mieszkaniach Polaków, to taką kontrolę miałbym w ponad 90% mieszkań. Tam było to procent kilka.

A niechaj hipsterowie wżdy postronni znają, iż Niemcy nie gęsi, iż swój oldskul mają.

Prawdziwie oldskulowe mieszkanie pewnej niemieckiej emerytki. 

Częstotliwość częstowania gorącymi napojami mogłaby być w Polsce nawet wyższa niż w Niemczech: nie częstował każdy, ale co czwarty lub co szósty i owszem. Zdziwieniem była dla mnie absolutna dominacja kawy nad herbatą: w każdym domu oferowano nam kawę, a gdy odpowiadałem, że kawy nie pijam i pytałem, czy mają może herbatę, powszechną odpowiedzią było zdziwienie uzupełnione zdaniem w stylu "Spytam żony, czy mamy w domu herbatę" lub "Poszukam, czy jakaś jest". Często te poszukiwania kończyły się znalezieniem w domu jedynie herbaty zielonej lub owocowej. Gdy już się herbata trafiała, była zwykle słaba i nieprzesadnie dobra. Tylko jeden raz trafiła mi się naprawdę mocna herbata, która postawiła mnie na nogi. Było to w domu staruszki, która urodziła się w Łebie i wraz z urodzonym w Lęborku bratem dzieciństwo spędziła w Darłowie. Najwyraźniej więc skorupka jej za młodu herbatą nasiąkła.

Zdumiewającą sprawą było, że za wykonanie naszej umiarkowanie fizycznej pracy dostawaliśmy od właścicieli domów napiwki. Częstotliwość ich otrzymywania skłoniła mnie do hipotezy, że dostawaliśmy je za złe warunki pogodowe oraz za nieporadność: dopóki prace wykonywaliśmy z dużym wysiłkiem umysłowym dopiero ucząc się specyfiki pracy, dostawaliśmy tych napiwków więcej niż gdy już tą specyfikę opanowawszy, wykonywaliśmy tę samą pracę szybciej, sprawniej i lepiej.

Jakiś jeden procent Niemców ma poczucie humoru.

Podobna ilość ma zdjęcia lub portrety przodka w mundurze ze swastyką na ścianach lub półkach.

Powyższe zdjęcia zrobiono po dwóch stronach tego samego płotu, w odległości około trzech metrów od siebie.

Niemki są brzydkie. Są zgrabne, to trzeba im przyznać, starają się utrzymać figurę 14-letniego chłopca, ale ładnych pełnoletnich kobiet w Elbmarschacht widziałem w czasie mego tam pobytu cztery. Z tego co najmniej dwie były Rosjankami, bo do swych dzieci lub matek mówiły płynnie po rosyjsku; trzecia prawdopodobnie też była, bo miała podobny, słowiański, typ urody, jedynie w domu była sama, bez dzieci bądź matki.

A propos. Mniejszość rosyjska w rejonie to niecałe 1-2% populacji, ale trzymająca się razem (zaskoczyło mnie, gdy do domu kobiety pochodzenia rosyjskiego w czasie naszej tam pracy przyszedł listonosz i zaczęli płynnie mówić po rosyjsku). Stanowią ją niemal wyłącznie kobiety - żony dzielnych Niemców, sądząc po nazwiskach. A, ponoć na Hagenweg 16 działa burdel pełen rosyjskich prostytutek, co też wpisuje się w specyfikę tej mniejszości.

W sklepach są dostępne zabawki dla dzieci z tych par.

By podać podobne szacunkowe dane dotyczące mniejszości polskiej, należy ją dokładnie zdefiniować. Pan Schafarczyk urodzony w Gliwicach w połowie lat 30-tych XX wieku lub rodowity Gdańszczanin urodzony w 1942 roku, którzy po polsku potrafią powiedzieć jedynie pojedyncze słowa, się raczej nie kwalifikują. Takich, którzy płynnie po polsku mówią i Polskę pamiętają, jest nieco mniejsza ilość niż Rosjan, choć ich skład jest bardziej zróżnicowany niż Rosjan: spotkałem małżeństwo z mego rodzinnego miasta, kilka pojedynczych osób i żonę dzielnego Niemca.

Osób pochodzenia azjatyckiego nie było wcale. Czarnoskórych - garstka na tyle mała, że przez miesiące myślałem, że jest ich tylko dwóch, bo widywałem raz na parę tygodni dwójkę Afroniemców; dopiero pod koniec cyklu wyjazdów ujrzałem ich więcej, więc wiem, że też może być ich koło jednego procenta.

Turków też było niewielu, ale za to doskonale wpisywali się w swój bliskowschodni stereotyp: jedni prowadzili jedyną w tych wioskach budę z kebabami; w domu innych mieliśmy wątpliwą okazję pracować: był to dom zasyfiony, pełen kurzu i dymu z ciągle palonych papierosów; przez półtorej godziny naszej pracy otyła matka z otyłym pełnoletnim synem siedzieli bez ruchu na kanapie, palili papierosy jeden za drugim i oglądali amerykańskie sitcomy z niemieckim dubbingiem nie śmiejąc się przy tym ani razu. 

Jak więc widać, w odróżnieniu od Frankfurtu, tu społeczność jest niemal homogeniczna.

Raz jeden zetknąłem się z sytuacją, w której mieszkańcy domu odmówili ze mną rozmowy po niemiecku nie ze względu na moją języka nieznajomość, lecz ich. Było to małżeństwo, które przyjechało do Niemiec z antypodów za synem, który znalazł pracę w okolicznym Hamburgu: mąż był z Nowej Zelandii, żona z Australii. Żeby było zabawniej, nazywali się Müller.

niemiecki domek kempingowy

Ciekawym doświadczeniem były wizyty w domkach kempingowych na dwu okolicznych Campingplatzach. Wbrew temu, co można by się spodziewać, nie tylko ludzie biedni mieszkają w domkach kempingowych przez cały rok - a przynajmniej nie na warunki polskie. Przed takimi domkami często stoją zaparkowane drogie auta (SUV-y, mercedesy, etc.), a ich wyposażenie potrafi sprawić, że w niektórych z tych domków poczuć się można nieco jak w mieszkaniu. W innych jest to wyraźnie niemożliwe, mimo prób zatuszowania tego przez mieszkańców.

Mimo napiętego grafiku prac udało mi się wybrać do okolicznego baru na piwo. Gdy poprosiłem o piwo, usłyszałem w odpowiedzi tylko pytanie o rozmiar kufla - piwo było jedno (potem w menu doszukałem się, że było też drugie, ciemne; najwyraźniej trzeba było o nie prosić wprost).

proszę zwrócić uwagę na lokalną specyfikę Niemiec: do piwa dołożono mi przekąski

W obu czułem się tak samo wyobcowany.

<<prev   next>>

 

* - HWR: osobne pomieszczenie, zwykle z wejściem z głównego korytarza domu tuż obok drzwi wejściowych i z drugimi drzwiami w domu, prowadzącymi do garażu lub miejsca parkowania auta, wypełnione instalacjami, miernikami zużycia mediów, sprzętem AGD (pralki, suszarki, czasem zmywarki; to jest główna funkcja pomieszczenia), butami (w szafkach lub na stojakach) i zapasami napojów (całe skrzynki wody mineralnej, coli czy piwa); skądinąd fantastyczna idea.

** - przyczyną tego fenomenu może być fakt, że drzwi wejściowe od niemieckich domów i mieszkań mają domyślnie (w reprezentatywnej grupie około tysiąca ujrzanych różnych klamek nie znalazłem ani odmienne przypadki widywałem tylko na drzwiach kilkudziesięcioletnich gospodarstwach rolnych i przedwojennych rezydencji) po zewnętrznej stronie nieruchomą gałkę, wobec czego po zatrzaśnięciu drzwi nie da się ich otworzyć z zewnątrz. Skutkiem czego miałem okazję raz widzieć Niemkę w średnim wieku zrywającą się znienacka błyskawicznym skokiem w stronę z wolna zamykających się drzwi wejściowych. 

poniedziałek, 10 lipca 2017

Tak się składa, że sporą część ostatniego roku spędziłem poza granicami kraju i przez to przestałem być na bieżąco ze światem polskiej polityki. Chciałbym to zmienić nim nadejdzie pora letnich spotkań ze znajomymi przy piwie (których to spotkań dyskusja o polityce zdaje się być częstym elementem gdzieś tak od trzeciego piwa) i nieznajomymi na ulicy, a że polskim (oraz polskojęzycznym) gazetom i telewizjom od lat nie wierzę, chciałbym zadać tu kilka pytań i paru rzeczy dowiedzieć. A więc:

1/ Czy już jest lepiej? Czy sławna "dobra zmiana" została już wdrożona w życie? Czy Polska już wstała z kolan, czy wciąż jeszcze tkwi w tej pozycji niczym przed laty Monica Lewinsky? Czy udało się wyjaśnić wszystkie afery i "afery" poprzednich rządów, a winni trafili za kraty, czy też niemal dwa lata rządów to zbyt mało, by cokolwiek w tych sprawach dało się uczynić?

2/ Czy oficjalnie mamy już dyktaturę? Czy zamknięto już dzielnych dziennikarzy broniących demokracji i praw obywatelskich? Rozumiem, że Lisa zamkną dopiero, jak przejedzie po pijaku zakonnicę na pasach, ale może jacyś inni siedzą już w Berezie, a ja za granicą o niczym nie słyszałem? Jeżeli tak jest, to kiedy z dziada pradziada buntowniczy Polacy planują ogólnokrajową rewolucję, by obalić dyktatora?

3/ Czy faszystowskie bojówki regularnie patrolują już ulice miast i zważywszy na mą fryzurę i niezbyt polsko brzmiące nazwisko nie powinienem po zmierzchu pokazywać się na ulicach? Parę miesięcy temu w środku nocy pewien gość na przystanku się mnie uprzejmie spytał, czy przypadkiem nie chcę wpierdol; wtedy odmówiłem, ale nie wiem czy jeszcze pytają, czy już biją bez pytania...

4/ Co z tym całym Trybunałem Konstytucyjnym? Całą jesień i zimę, gdy tylko przekraczałem granicę Polski, temat ten pojawiał się zawsze w pierwszych usłyszanych wiadomościach radiowych. Od wiosny - nie usłyszałem ni słowa. Jak udało się ten problem rozwiązać?

5/ Jak wiadomo ruch to zdrowie, co tyczy zwłaszcza ludzi starszych. Tych wpierw do regularnej aktywności fizycznej aktywizował Jarosław Kaczyński, potem zaś Mateusz Kijowski. A kto teraz przejął pałeczkę i z entuzjazmem przewodzi maszerującym tłumom dziarskich emerytów? (Trochę obawiam się, że w odpowiedzi usłyszę, że Leszek Miller, wieczna nadzieja polskiej lewicy.)

6/ Czy PSL jeszcze istnieje?

7/ Czy Kukiz poza tym, że wyrzucił Liroy'a, coś ostatnio zrobił?

8/ Ile lat jeszcze rządy będą przeszkadzać w rozwikłaniu tajemnicy zamachu smoleńskiego? I jak w tym tygodniu brzmi oficjalna wersja tej katastrofy?

To nie jest tak, że ja tu coś suponuję, bo niczym Bednarski, nie wiem, co to znaczy. Ja się tylko pytam.

* * *

Ostatni czas nie był łaskawy dla feministek: wpierw wybory przegrała Hilary Clinton, a potem Marie Le Pen. Na szczęście Polską wciąż rządzi Beata Szydło.

Pollitically correct democrats in the U.S. follow the idea, that skin color doesn't matter. Unless it's orange.

Orange is the new black.

Strasznie rozbawiła mnie okładka jubileuszowego wydania na 60-cie "Polityki". Dużymi literami było na niej napisane "Od PRL do PRL-bis". Tak się składa, że pamiętam "Politykę" jeszcze z czasów PRL-u (w postaci wielkiej płachty papieru; oglądałem tam tylko rysunki Szymona Kobylińskiego - ale pamiętam) i mam świadomość, że jej red.nacz.-em był Mieczysław Rakowski, który potem w schyłkowym PRL-u został Prezesem Rady Ministrów. "Polityka" też traktuje owe czasy raczej pozytywnie (trudno inaczej, zważywszy na jej historię), określenie więc PiSu "PRL-em bis" też więc powinno być określeniem pozytywnym - albo nagle, na użytek bon motu postanowili zanegować spory kawałek własnej historii.

Sto lat temu Polska podzielona była na trzy części. Teraz jest podzielona na dwie. Jest progres? Jest!

Kiedyś było sobie powiedzenie o jajku mądrzejszym od kury. Teraz na naszych oczach uknuwa się nowe, o drzewach mniej ważnych od Szyszki.

* * *

Nie będę kłamał, że znam się na polityce krajowej i światowej jakoś dogłębnie i że wszystko o bieżącym świecie wiem. Gdy więc oglądając program Johna Olivera o Dalaj Lamie przypomniałem sobie o nim i uświadomiłem sobie ponownie, że w chwili śmierci obecnego 81-letniego Dalej Lamy dojdzie najprawdopodobniej do schizmy, gdy ogół Tybetańczyków nie uzna nowego, niezaprzeczalnie prochińskiego Dalej Lamę głosem uwięzionego w wieku 6 lata Panczej Lamy - lub dziecka mianowanego na to stanowisko. Oznacza to, że na globalnej szachownicy jedno z pól stanie się nagle zaognione. O skali tego problemu niech świadczy - przytoczony przez Olivera - fakt, że w ciągu ostatnich ośmiu lat przeszło 140 Tybetańczyków poddało się samospaleniu w imię antychińskiego protestu. 

Gdy więc to sobie (ponownie) uświadomiłem - roześmiałem się. Straciłem nadzieję na sensowny rozwój w myśl dotychczasowych zasad, więc teraz po prostu cieszy mnie, że z czysto teoretycznego punktu widzenia sprawa nadchodzącej wojny stała się ciekawsza. Wygląda na to, że realizuję propozycję George'a Carlina, by wziąć popcorn i przyglądać się z dystansem tej katastrofie.

09:28, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 czerwca 2017

„Prawdę objawioną to poznał Mojżesz – i wszyscy jego następcy, którzy mieli kontakt z płonącymi krzewami. Cała reszta to hipotezy, wysnute z dawnych założeń.” [11.V.2007]

11:27, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 czerwca 2017
piątek, 23 czerwca 2017

Jednym z obowiązków mej pracy gastarbeitera jest zbieranie od ludzi podpisów na dole strony, tuż pod pięcioma linijkami gęstego tekstu. Większość z nich podpisuje bez zerkania lub ledwie przeleciawszy wzrokiem po tekście w milczeniu. Jakiś jeden procent Niemców czyta ten tekst dokładnie i się dopytuje mnie lub kogoś bardziej kompetentnego (nie przeczytałem nigdy tego tekstu, bo nie jest to moim pracowniczym obowiązkiem, i nie mam pojęcia, co tam jest napisane, trudno mi więc na owe pytania odpowiedzieć) lub skreśla poszczególne części zdania czy dopisuje swoje uwagi. A jeden do dwóch procent podpisujących się* żartuje z tej sytuacji.

To zawsze jest ten sam żart. Sześciokrotnie zdanie brzmiało tak samo w mych mało osłuchanych z niuansami mowy niemieckiej uszach: "Czy przypadkiem nie podpisuję tutaj, że kupuję pralkę?". To nigdy nie jest zmywarka (a szkoda, słowo "Geschirrspülmaschine" wygląda cudnie i chciałbym je kiedyś usłyszeć), czy lodówka - zawsze "Waschmaschine" i "Waschmachine". Zacząłem się zastanawiać, czy nie jest przypadkiem tak, że jest to oficjalny żart i gdy ktoś chce zażartować, to może go użyć. 

Jednego wieczora postanowiłem obejrzeć niemiecką telewizję. Skakałem po kanałach pełnych banałów, aż trafiłem na program komediowy. Prowadzący wyglądał jak "ten zły" z odcinka 04x02[citation needed] serialu "Sherlock", Culverton Smith, a tak drętwego zachowania na scenie nie widziałem od czasu Sylwestra 2003 prowadzonego w TVP przez Andrzeja Grabowskiego. Nie widziałem tak mało zabawnego komika odkąd ujrzałem jakiś odcinek "Spotkań z Balladą" Kabaretu z Kopydłowa.

Niektórzy niemieccy współpracownicy, nieskrępowani wymogami konwenansów, prezentują bardziej rubaszne żarty, zawsze jednak w stylu godnym dojrzewających nastolatków. Najwyraźniej co poniektórzy Niemcy z tego stadium nie wyrastają. Innym pozostaje jedynie ów oficjalny słownik niemieckiego humoru zawierający wśród innych, również tynfa wartych, żart o kupowaniu pralki.

* - niewiele mniej, w granicach błędów pomiaru, badanych miała na ścianach portrety przodków w nazistowskich mundurach. Akurat niedawno słyszałem, że to może być powiązane.

22:01, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 maja 2017

Amin Younes, footballer (photo from ajaxdaily.com)Łukasz Fabiański, footballer (photo from polskieradio.pl)

Amin Younes / Łukasz Fabiański

All footballers look the same.

22:32, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 maja 2017
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 41
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA