RSS
niedziela, 24 grudnia 2017
sobota, 09 grudnia 2017

Okazuje się, że Warszawa, będąca jesienno-wiosenną stolicą Polski, podobnie jak Sopot, będący letnią stolicą Polski*, dzieli się na Górną i Dolną. Jeżeli będąc w Warszawie nie zdajesz sobie z tego podziału sprawy, to znaczy, że jesteś w Warszawie Górnej. Dolna jej część to dawne tereny zalewowe, co nawet odbija się w nazwie - dzielnicę tą zwie się "po-Wiśle", czyli miejscem, gdzie wcześniej płynęła Wisła. 

* - Zakopane, zimowa stolica Polski, dzieli się na Górną i Jeszcze Bardziej Górną.

Kiedy w Białymstoku nocowałem w Centrum Kultury Prawosławnej, sądziłem, że nie dane mi będzie mieszkać w jeszcze bardziej nietypowej lokacji (choć wiece dobrego słyszałem o Łodzi, gdzie ponoć idzie się przespać w budynku Urzędu Skarbowego). Ale byłem w błędzie:

W górnym prawym rogu widać róg okna pokoju, w którym nocowałem.

Pamiętam, jak John Cleese narzekał, że Londyn nie jest już brytyjskim miastem. Nie wiem, czy według jego standardów Warszawa byłaby nadal miastem polskim, skoro chodząc po zmierzchu jej ulicami polski język słyszałem w nieco mniej niż połowie zasłyszanych konwersacji. Nadal był zdecydowanie dominujący, ale poza nim słyszałem rozmowy po angielsku, niemiecku, ukraińsku, hindusku i wietnamsku, które sumarycznie stanowiły większość (powtórzę: na ulicach; w pubach słyszałem wyłącznie język polski).

Nieuczesany w obcym mieście we własnym kraju.

(co nie zmniejszało mego wyobcowania)

Po raz pierwszy od lat dotarłem do Łazienek (po drodze mijając nieistniejącą już Aleję Armii Ludowej). Czym prędzej skorzystałem tam z jednej z łazienek. 

W ramach protestu przeciwko jesiennej rzeczywistości, spaliłem się pod Belwederem (no, jakieś 200 metrów od niego, ale też 24 metry niżej; te dane pochodzą z Google Earth, to nie jest tak, że chodziłem po stolicy z miarką i teodolitem - przynajmniej nie tym razem). Rzeczywistość natychmiast stała się bardziej przyjazna.

A chwilę później poczułem się, jakbym przeniósł się w czasie, gdy przy wyjściu z łazienek minął mnie na chodniku autentyczny latarnik, który długim kijem zapalał gazowe latarnie wzdłuż ulicy Agrykola. Tak zdumiony Warszawą nie byłem od jedenastu lat, kiedy to na Moście Śląsko-Dąbrowskim minął mnie pop.

<<prev   next>>

Terry, sharkman from the Magic Realm in The Wizards of Aus series (still from episode 01x02)King Shark, sharkman from Earth-2 in TV series The Flash (photo from IMDB.com)

TERRY / KING SHARK

All sharkmen look the same ...not.

00:29, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 grudnia 2017
wtorek, 21 listopada 2017

W konkursie na najlepszą porę roku miejsca medalowe zajęły:

- złota polska jesień;

- srebrna polska zima;

- i brązowe polskie przedwiośnie.

10:40, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 listopada 2017
sobota, 11 listopada 2017
piątek, 03 listopada 2017

(disclaimer: Wszystkiego byłem w Bydgoszczy ledwie trzy godziny, w środku dnia w środku tygodnia i przeszedłem jego ulicami ledwie dwanaście kilometrów. Jest to zdecydowanie za mało, by dogłębnie docenić i ocenić jakieś miasto i nie wykluczam, że jeśli kiedyś znów do niego zawitam i więcej jego ulic podepczę, zmienię swą opinię. Może być tak, że poniższe akapity okażą się tylko tymczasowym szkicem tej oceny. Tyle, że po tym, co tam widziałem, to nie chce mi się tam zbytnio wracać.)

Przez całe życie myliły mi się Bydgoszcz i Białystok. I gdy wreszcie miałem okazję po raz pierwszy w życiu odwiedzić jedno z tych miast, nie minął tydzień, a drogi me doprowadziły mnie zupełnie niespodziewanie do drugiego. I okazało się, że wszystkie negatywne cechy, których obawiałem się w Białymstoku (i których brak tam wpłynął znacząco na to, że mi się Białystok spodobał), okazały się występować w Bydgoszczy (co znacząco wpłynęło na to, że mi się Bydgoszcz nie spodobała).

Miałem kiedyś spostrzeżenie z rajdów samochodowych po interiorze, że Bydgoszcz to dziesięć kilometrów przedmieść, sto metrów starówki i znów dziesięć kilometrów przedmieść (zamieść). Dlatego pierwsze dziesięć kilometrów postanowiłem przejść przedmieściami, nieco przypadkiem, bo zaczynają się tuż za tym, co zwie się tu starym miastem. Co też mogło wpłynąć na ocenę.

To nie jest wyjątek. Takich elewacji są tu całe ulice.

Po pierwsze więc: zaniedbanie. Całe ulice kamienic, z których płatami odpadł tynk, jak i zdobienia, przetykane są pojedynczymi odrestaurowanymi budynkami, które za każdym razem okazują się być siedzibą instytucji państwowej lub publicznej. Wygląda na to, że tu na wyrychtowanie budynku pieniądze ma jedynie "budżetówka". Ich kolorowe (zwykle pastelowe) elewacje jeszcze bardziej podkreślają rozdźwięk między nimi a otoczeniem.

Muzeum Sztuki Współczesnej w kontrastującym otoczeniu

Po drugie zaś: mało żwawe roboty drogowe. Z jednej strony pewnie dobrze, że coś się w mieście robi, ale widok rozgrzebanych ulic zastawionych płytami i braku widocznych postępów budowy (gdyby naprawdę dobrze i żwawo pracowali, miasto nie wyglądałoby na tak zaniedbane, mógłbym rzec, ale po prostu nie było zbytnio słychać odgłosów pracy zza płyt) nie wpływa pozytywnie.

Mają rozmach, skurwisyny.

W górę też się miasto buduje. A przynajmniej Dom Wędkarza.

Do tego zaś: tchnienie powiewu przeszłości. Wśród tych obdrapanych kamienic jak z końca lat 80-tych czy początku 90-tych jeździ tramwaj o tak arachicznej budowie, że też by tam pasował:

(Po najechaniu kursorem widać lepiej detale.)

To zdjęcie tak bardzo tchnie przeszłością, że Nieuczesana zasugerowała, że w odcieniach szarości wyglądałoby zupełnie jak z końca lat 80-tych wyjęte. Cóż, można sprawdzić:

(tu już bez detalu)

Parki są strasznie rzadkie, tak jakby dwa drzewa w odległości takiej, że nie przejedzie między nimi koparka, były jakimś przestępstwem. Tak samo było w Warszawie. Ciekawe, czy to trend rozpowszechniony w całym Interiorze?

W Warszawie za to przynajmniej bulwar nadrzeczny nie usiłował zeżreć mi butów. Tutejszy, podmokły trakt wzdłuż rzeki niemal zakończył tę misję sukcesem.

Nabrzeże Towarzystwa Miłośników Miasta Bydgoszczy. Tłumy jak zawsze.

O amatorach Bydgoszczy niech świadczy fakt, jak mało uczęszczane jest poświęcone im nabrzeże.

Światła na przejściach dla pieszych są fatalne. Trwają tak długo, że w czasie czekania na zielone światło, by przejść przez jedną ulicę skrzyżowania w Bydgoszczy, w innym mieście obszedłbym wokół całe skrzyżowanie (no, może przesadzam i jedynie 3/4). Co więcej, przy skrzyżowaniach zdarzają się prawoskręty dla kierowców, przez których przejść też strzegą światła - równie długie i co do sekundy skorelowane jedynie z jednym z możliwych dalszych kierunków. Co zauważyłem, bo niestety nie był to kierunek, w których podążałem.

Starówka, gdy już na nią dotarłem, też mnie nie zauroczyła - choć przyznać muszę, że w odróżnieniu od przedmieści jest zadbana. Po części przez wspomnianą pastelozę, po części dlatego, że architektura i wykończenie elewacji zdały mi się banalne. Może faktycznie takie jest, a może po prostu przejadła mi się architektura miast.

Za to trzeba przyznać, że ulica Zaułek w pełni odpowiada swej nazwie.

A na koniec mej wędrówki ujrzałem coś, co do końca utwierdziło mnie w brzydocie Bydgoszczy: tuż przy samym dworcu (budżetówka, więc wywalony w kosmos, przeszklony i awangardowy), na końcu zaniedbanej ulicy pełnej kamienic stoi dziesięciopiętrowy obdrapany blok, sądząc po braku firanek w oknach raczej wyludniony, psując ład architektoniczny, który nieco brzydotę zaniedbania ukrywał. Doprawdy, tak paskudnie postawiony blok widziałem tylko raz, w Lauenburgu, byłym RFN-owskim mieście tuż przy granicy z NRD. Tam, jak rozumowałem, służył jako punkt obserwacyjny granicy. A po co tu taki monumentalny kontrapunkt architektoniczny?

Nie jest też tak, że nic mi się w tej Bydgoszczy nie podobało. Kilka murali było ładnych (w tym te wyraźnie inspirowane przez władze miasta, bo z tytułami "Wiadomości Bydgoskie" i "Kurier dworcowy"), Brda godna jest lepszego bulwaru, a oswoiwszy się z zaniedbaniem można podziwiać resztki detali co ładniejszych kamienic. I to tyle.

Zakończę jednak optymistycznym akcentem: nawet mieszkając w obdrapanym, na wpół wyludnionym bloku nijak nie pasującym do otoczenia i tuż przy dworcu, można się wybić i osiągnąć sukces, o czym świadczyło jedno z pozbawionych firan okien:

Choć nie wykluczam, że większym mogła by być wyprowadzka z miasta.

<<prev   next>>

niedziela, 29 października 2017

Nie jestem zbytnio przekonany do idei istnienia Boga, trzeba jednak przyznać, że jego wyznawcy dokonali niebywałego rozmnożenia od garstki Żydów do 2,2 miliarda ludzi rozproszonych na całej kuli ziemskiej, czyli około 30% wszystkich żyjących dziś ludzi. Zakładając, że Bóg istnieje, przypisać by można ten niebywały wzrost boskiemu cudowi. Który jednak moment w historii chrześcijaństwa mógłby owym cudem być?

Czy było to zmartwychwstanie Jezusa? Nie. Po pierwsze, było to mało spektakularne wydarzenie: Chrystus post mortem pojawił się jedynie trzem kobietom wczesnym rankiem i garstce jego przelęknionych apostołów i przez to fakt jego zmartwychwstania zdaje sie mało wiarygodny. Brakowało ukazania się w miejscu publicznym, gdzie ujrzeć i docenić to mógł ogół: na rynku czy na ulicach Jerozolimy. Po drugie, gdyby nawet do tego doszło, wiara ta nadal rozprzestrzeniałaby się jedynie wśród Żydów (mających obecnie populację 16 milionów osób, czyli 137 razy mniejszą od populacji chrześcijan), podczas gdy reszcie świata byłoby całkowicie obojętne, czy doczekali oni w końcu swego mesjasza czy też nie.

Czy było to nawrócenie na chrześcijaństwo cesarza rzymskiego Konstantyna? Nie. Po pierwsze, jego zwrócenie się w kierunku chrześcijaństwa było podyktowane względami politycznymi i chęcią "przejęcia" pełnej chrześcijan armii konkurenta do urzędu cesarza. Po drugie, wątpliwości dotyczącego jego przejścia na chrześcijaństwo celnie punktuje Aleksander Krawczuk w swej książce o Konstantynie (ISBN: 83-214-0604-1), którą już cytowałem. Po trzecie zaś, by do tego doszło, chrześcijaństwo musiało trafić pod strzechy gojów.

Dlatego jeżeli jest jeden punkt zwrotny w historii chrześcijaństwa, dzięki któremu zyskało ono wymiar globalny i który wcale nie musiał mieć miejsca, a więc jego zdarzenie można by przypisać cudowi boskiemu, to był to udar świętego Pawła, po którym przekształcił się on z gorliwego tępiciela chrześcijańskiej sekty w jej równie gorliwego orędownika. To dzięki niemu wiara ta (znana mu dobrze jako chrześcijan prześladowcy) stała się znana i wyznawana także przez gojów, dzięki czemu zyskiwać mogła wyznawców w całym Imperium Rzymskim. Całe więc współczesne chrześcijaństwo swój rozkwit, a niewykluczone że nawet i przetrwanie do dnia dzisiejszego, zawdzięcza temu człowiekowi, który w życiu nie spotkał Jezusa, jak i temu, że trafił mu się udar, który go nie zabił, a jedynie radykalnie odmienił jego myśli. To zapewne był czysty przypadek, ale właśnie to drobne nijak nieprzewidywalne wydarzenie było punktem bifurkacji, który posłał tę religię na zupełnie nowe tory, doprowadzając ją do obecnej pozycji najpopularniejszej wiary na świecie.

Jeżeli więc gdzieś w historii chrześcijaństwu pomógł rozwojowi tej religii działający w naszym świecie "palec Boży", to dotknął on właśnie naczynia krwionośnego w mózgu Pawła z Tarsu.

14:44, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 października 2017
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42
| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA